Czwartek, 9 września 2010
|
|
|
| ![]() ARGENTYNA: Okruchy dyktatury ARGENTYNA SZUKA SPRAWIEDLIWOŚCI Autor: Zuzanna Boryczko Ponad trzydzieści lat temu, w nocy z 24 na 25 marca 1976 r., wojskowi pod dowództwem generała Jorge Videli wtargnęli do Casa Rosada – pałacu, w którym urzędują argentyńscy prezydenci. W ten sposób junta położyła kres nieudolnym rządom drugiej żony nieżyjącego już Juana Perona. I rozpoczęła, trwającą do dziś, zimną wojnę domową.
Kraj pogrążony był w zupełnym chaosie. Faworyzowane za Perona związki zawodowe uzurpowały sobie nieograniczone prawa, coraz częściej wychodząc na ulice. Sytuacja ekonomiczna była bardzo zła, w powietrzu wyczuwalne było napięcie. Wojsko już nie raz przejmowało stery rządów w Argentynie, gdy wymagały tego podobne okoliczności, jednak trzymało je jedynie do uspokojenia sytuacji. Potem wojskowi oddawali władzę kolejnemu cywilnemu prezydentowi. W naturalny sposób znaczna część zmęczonych niestabilnością kraju Argentyńczyków przyjęła i ten przewrót ciepło. Jeszcze liczniejsza grupa przyjęła postawę biernej akceptacji. Tej jednak nocy nikt nie wiedział, że właśnie zaczyna się siedmioletnia dyktatura, która pochłonie życie tysięcy ludzi. Trzydzieści lat później, 24 marca 2006 roku, dziesiątki tysięcy ludzi w całym kraju wyszły na ulice. W Buenos Aires ponad 100 tysięcy ludzi przeszło głównymi awenidami (alejami) miasta, by ostatecznie zgromadzić się na Plaza de Mayo, najważniejszym punkcie Buenos Aires. Postawiono tu scenę otoczoną rusztowaniami, na których widnieją zdjęcia setek ludzi zamordowanych w czasach dyktatury. Kilkutysięczny tłum wznosi hasła na rzecz sprawiedliwości, praw człowieka, domaga się osądzenia przywódców junty. Na zmianę, okrzykami i chwilami ciszy, oddaje cześć pamięci ofiar. To, co wydarzyło się trzy dekady temu, nadal jest żywe w pamięci wielu Argentyńczyków. Problemy gospodarcze ostatnich lat i przemiany, jakie przechodzi Argentyna w ostatnich latach, w niczym nie zmieniły emocjonalnego stosunku mieszkańców do czasów junty. Proceso Od pierwszych dni rządów wojskowi przystąpili do reorganizacji kraju w myśl założeń Proceso – enigmatycznego programu zmian, jakim poddano niemal wszystkie aspekty argentyńskiej rzeczywistości. Przejęcie władzy przez wojsko było co prawda bezpośrednią konsekwencją wewnętrznej sytuacji w kraju, ale w szerszym kontekście – Ameryki Łacińskiej oraz globalnej rywalizacji USA i ZSRR – było też wynikiem walki z komunizmem i hamowania wpływów socjalistów na zachodniej półkuli. W sąsiednich krajach (Chile, Brazylii, Paragwaju i Urugwaju) władzę sprawowały już junty wojskowe, a rola Waszyngtonu w wojskowych przewrotach wciąż pozostaje kwestią kontrowersyjną i budzącą tu wielkie emocje. Jakkolwiek było w Argentynie, w ówczesnej rzeczywistości generał Jorge Videla i jego towarzysze wiedzieli, że mogą liczyć na wsparcie Waszyngtonu. Nowy reżim, koncentrując władzę w swoim ręku, zakazał działalności wszystkich partii politycznych, zawiesił obrady Kongresu i odebrał autonomię prowincjom – jednostkom administracyjnym Argentyny. Zakazano również działalności związków zawodowych, poszerzając zakaz na wszelkie formy zrzeszania się. Systemowi edukacji narzucono nową wykładnię historii i polityki, a mediom odebrano jakąkolwiek niezależność, czyniąc je jednym z narzędzi wojskowej propagandy. Kto decydował się na jakąkolwiek formę działalności opozycyjnej, podejmował olbrzymie ryzyko. Ruszyła maszyna śmierci. Na terytorium całego kraju gęsto rozsiano tajne katownie, z reguły usytuowane w opuszczonych szkołach, szpitalach, czasem w zwykłych domach, gdzieś na uboczu. W środowiskach członków dotychczas działających partii zaczęły zdarzać się zatrzymania i tzw. „zniknięcia”. Najcięższe represje spadły jednak na Monteneros, członków lewackiej antyreżimowej partyzantki. W większości byli to dawni działacze skrajnie lewicowego skrzydła Partii Peronowskiej (Partido Peronista), którzy w latach 1976-82 prowadzili partyzancką wojnę z wojskami rządowymi. W większości Monteneros rekrutowali się z młodych ludzi, pochodzących z rodzin peronistów, głęboko przywiązanych do ideałów socjalistycznych. Metody działania tej guerilli budziły i budzą kontrowersje. Niektórzy jej członkowie wyłącznie roznosili ulotki, inni organizowali zamachy na funkcjonariuszy reżimu. Kolejni organizowali porwania dla okupu czy napady rabunkowe. Aż do 1979 r. jakakolwiek aktywność w opozycji groziła śmiercią. Reżim bezwzględnie eliminował każdego, kto sprzeciwiał się nowym porządkom. „Znikanie” ludzi, masowe egzekucje, loty śmierci (zrzucanie żywych ludzi z samolotów i helikopterów do oceanu), tajne ośrodki tortur początkowo były Argentyńczykom nieznane. Nawet osoby, które przeżyły tortury i dzięki koneksjom lub łapówkom znalazły się w niewielkiej grupie uwolnionych, ze strachu milczały lub czym prędzej emigrowały, zwłaszcza do Europy. Prawda zaczęła wychodzić na jaw dopiero w 1978 r., gdy skala zjawiska była już tak duża, że nie sposób było go ukryć. W tym czasie dane wywiadu chilijskiego mówiły już o 22 tysiącach „znikniętych” (desaparecidos). W 1979 r. do Argentyny przyjechała delegacja Komisji Praw Człowieka, czego konsekwencją były tysiące egzekucji więźniów przetrzymywanych w reżimowych katowniach. Ośrodki te, niemal z dnia na dzień, musiały zostać zamknięte lub zlikwidowane, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Matki zaczęły domagać się jakichkolwiek informacji o swoich dzieciach, regularnie demonstrując na Plaza de Mayo. Mimo że informacje nie nadchodziły, manifestacje nie wygasały. Tak narodziła się organizacja Matek z Plaza de Mayo – dziś zajmująca się głównie poszukiwaniem sierot po zamordowanych, dzieci, które przyszły na świat w tajnych więzieniach i w drodze nielegalnej adopcji były przekazywane nowym rodzinom, głównie z kręgów wojskowych. ![]() |
|
| Subnet Internet (C)2003 |