Puls Świata
Czwartek, 9 września 2010www.puls-swiata.subnet.pl
Puls Świata


RAPORT: Birma

UCHODŹCY W POLSCE

NORYLSK: Miasto-widmo

KINO AFGANISTANU

Cenzura Internetu w Chinach

Mały Tybet w Nepalu

ARGENTYNA: Okruchy dyktatury

Strefa Kultury:
Literatura

Teatr

Kino

Muzyka

Wystawa

Kanon

BIBLIOTEKA:
LINKI

KSIĄŻKI

DOKUMENTY

GALERIA FOTO

 
ZALOGUJ



Mały Tybet w Nepalu

Tsewang nie umiera z głodu
Autor: Natalia Bloch, Maciej Wojtkowiak

Na podłodze wije się w konwulsjach zakrwawiona tybetańska dziewczynka w stroju więźniarki. Przed chwilą kopał ją i przypalał papierosami chiński śledczy. Za chwilę ją zastrzeli.
Tym razem nie ma powodów do strachu – choć takie rzeczy dzieją się w Tybecie naprawdę – ta dziewczynka mieszka w Nepalu, w obozie uchodźców Tashi Palkhiel, i gra w przedstawieniu przygotowanym przez uczniów tybetańskiej szkoły podstawowej.

Tsewang nie umiera z głodu 1
Próba tradycyjnego tańca tybetańskiego. Fot. Natalia Bloch, Maciej Wojtkowiak.
Tsewang nie umiera z głodu 2
Hostel. Fot. Natalia Bloch, Maciej Wojtkowiak
Samten walczy z Michaelem Jacksonem
Dziecięce występy wymyślił Samten Nyima. – Urodziłem się w Tybecie, ale go nie pamiętam – opowiada, popijając tybetańską słoną herbatę z masłem, smakiem do złudzenia przypominającą bulion. – Gdy miałem dwa lata, rodziców zabili Chińczycy. Jacyś ludzie przemycili mnie przez granicę do Indii. Czy to nie zabawna historia? – uśmiecha się smutno. – Uciekłem z Tybetu, nie potrafiąc jeszcze dobrze chodzić.
Jak wiele innych osieroconych tybetańskich dzieci, trafił do Tybetańskiej Wioski Dziecięcej (TCV – Tibetan Children’s Village), jednej z osad, w których żyją i uczą się mali Tybetańczycy. Ambitny i wytrwały, przed terminem ukończył Tybetański Instytut Sztuk Scenicznych (TIPA – Tibetan Institute of Performing Arts) w Dharamsali – indyjskiej siedzibie Dalajlamy. Gdy jako 21-latek przyjechał do obozu Tashi Palkhiel, by podjąć pracę nauczyciela muzyki, w szkole nie było ani jednego instrumentu, a jedyne, co dzieci potrafiły zaśpiewać, to hymny narodowe Tybetu i Nepalu.
Teraz niemal każdego dnia po lekcjach biegną do Community Hall – miejsca zgromadzeń obozowej społeczności – by ćwiczyć tradycyjne tybetańskie tańce; chłopcy w szortach i nepalskich podróbkach adidasów, dziewczynki w dżinsach i „japonkach”. Samten jest wymagający. – Nie tak – poucza zirytowany chłopców grających role chińskich oprawców. – Kopcie ich mocniej! Właśnie tak!
I demonstruje. Mały „tybetański więzień” przysiada się do mnie w przerwie i szepcze na ucho: – Jeszcze kilka takich prób, a będę cały w siniakach. Ale i tak najgorzej jest podczas przedstawień, bo wtedy to już taaak kopią... To prawda, kopią tak, że starsi widzowie płaczą.
Przedstawienia wystawiane są przed publicznością z innych obozów uchodźców. Na koniec dzieci zawsze zbierają drobne datki, za które później kupują instrumenty i tradycyjne stroje. Niektóre Samten sam projektuje (uczą tego w TIPI-e). Pewnego razu przybiegł do domu, w którym mieszkałam, cały przejęty i dumny, żeby pokazać mi chiński mundur (rozmiar na 10-latka), który właśnie odebrał od obozowego krawca. Pod nos podsunął mi wyrwaną z jakiegoś numeru „Newsweeka” stronę ze zdjęciem defilady żołnierzy Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. – I co? Podobny?
Samten wie, że jeżeli kiedykolwiek Tybetańczycy wrócą do wolnego Tybetu, nic już tam nie zastaną. Klasztory zostały zburzone, mnisi zabici albo zamknięci w więzieniach, tradycyjne stroje wyparte przez chińskie mundurki, język zastąpiony chińskim. – Wszystko będziemy musieli przywieźć ze sobą. Dlatego trzeba walczyć o kulturę.
Nie jest to łatwe. Dzieci uchodźców tybetańskich, jak wszystkie dzieci, chłoną to, co modne. W zeszytach od muzyki, obok tekstów tradycyjnych pieśni, nalepiały naklejki z Myszką Miki, Claudią Schiffer i Michaelem Jacksonem. Zachwycają się bohaterami filmów z indyjskiego Bollywood, a ich babcie kręcą młynkami modlitewnymi w rytm nepalskiego popu, odtwarzanego na okrągło ze zdezelowanych magnetofonów. Alternatywna młodzież nosi koszulki z Bobem Marley’em i nuci amerykański rock.

Tashi opowiada reakcje chemiczne
Trudno dziwić się władzom szkoły, że nie zakupiły instrumentów na zajęcia muzyki, skoro zestaw pomocy naukowych dla każdej z klas ogranicza się do tablicy, kredy i wskaźnika. Tashi Kelsang, nieco starszy kolega Samtena, uczy przedmiotu zawierającego elementy biologii, chemii i fizyki. – Pół biedy, gdy mamy lekcje o roślinach – mówi. – Zabieram wtedy dzieciaki na łąkę, pokazuję im listki, kwiaty i korzenie. Ale gdy dochodzimy do budowy komórki czy przebiegu reakcji chemicznych, jedyne, co mogę zrobić, to im to opowiedzieć. Więc opowiadam. I pytam: rozumiecie? A one kiwają głowami, że tak. Ale, szczerze mówiąc, nie jestem pewien. Bo, wiesz – dodaje. – Właściwie to nie uczę tych wszystkich przedmiotów – ja uczę wyobraźni.
Gdy przed czterdziestoma kilkoma laty utworzono szkołę, lekcje odbywały się w bambusowych chatach. Dziś na ich miejscu stoi barak kryty blachą falistą. Idea szkoły o dumnym imieniu świętej góry Kaliash stanęła pod znakiem zapytania w roku 1972, kiedy to, na mocy postanowienia rządu nepalskiego, musiano usunąć z programu nauczania wszystkie przedmioty, nie mieszczące się w kanonie ustalonym przez ministerstwo edukacji, a język nepalski stał się obowiązkowym językiem wykładowym. Przez dziesięć lat szkołę kształcącą tybetańskie dzieci w obozie tybetańskich uchodźców trudno było nazwać tybetańską.
Dopiero zmiana polityki oświatowej w Nepalu umożliwiła reaktywowanie dawnej szkoły jako instytucji prywatnej. Elementem tej gry pozorów jest dziś uiszczanie przez rodziców miesięcznej opłaty za edukację dzieci w wysokości 150 nepalskich rupii (nieco ponad 6 zł).
Zarząd szkoły otrzymuje finansowe wsparcie od zagranicznych organizacji charytatywnych. Wystarcza ono jedynie na pokrycie kosztów administracyjnych i wypłaty dla nauczycieli (Tashi twierdzi, że zarabia mniej niż stare Tybetanki sprzedające pamiątki turystom). Wszyscy bardzo się starają – i nauczyciele, i dzieci. – Musimy „produkować” ludzi, którzy w przyszłości przydadzą się narodowi – deklaruje dyrektor szkoły, Lobsang Phelgay. – Gdy odzyskamy wolność, Tybet będzie potrzebował lekarzy, inżynierów, urzędników... Dlatego dzień szkolny rozpoczyna się już o szóstej rano zajęciami z wychowania fizycznego. Kończy zaś aż dziesięć godzin później. Wszystkie maluchy, w wieku od sześciu do trzynastu lat, zasuwają na lekcje w obowiązkowych mundurkach i uczestniczą w porannym apelu, odśpiewując na baczność hymny Tybetu i Nepalu i modląc się o „pomyślność dla wszystkich istot”.
„Kaliash” realizuje program nauczania w oparciu o brytyjski model edukacji, dlatego wszystkie przedmioty powinny być wykładane w tym właśnie języku i z angielskich podręczników. Poza tym mali Tybetańczycy uczą się obowiązkowo jeszcze jednego języka obcego – nepalskiego. – Wiesz, czemu Nepal jest tak biednym krajem? – pyta mnie rezolutny 10-latek. I natychmiast sam odpowiada. – Bo Nepalczycy nie mają wykształcenia. I żeby uświadomić mi wagę problemu, tłumaczy: – Zobacz, taka Anglia czy Niemcy są bogate i ważne, bo dużo ludzi pokończyło tam szkoły. Dlatego my, Tybetańczycy, musimy się uczyć.
Tyle teorii i chęci. Podczas mojego pobytu w Tashi Palkhiel poranna gimnastyka nie odbywała się, bo zachorował nauczyciel wychowania fizycznego, a braki w kadrze pedagogicznej uniemożliwiły znalezienie jego zastępcy. Dzięki pasji Samtena dzieci uczą się muzyki. Gdyby do obozu trafił na przykład nauczyciel plastyki, mali Tybetańczycy mieliby zajęcia z rysunku, a nie ze śpiewu. Program nauczania jest bowiem dostosowany do aktualnego stanu kadry nauczycielskiej. Mundurki są kolejną bolączką szkoły „Kaliash” – dzieci mają to do siebie, że rosną. Mundurki – nie.
No i angielski. Nauczyciel tego języka, młody Niemiec, wolontariusz, żali się: – Mówią, że to angielska szkoła, a te dzieci w ogóle nie znają angielskiego! – Po to tu przyjechałeś, żeby je uczyć – prowokuję. – Ale one mylą „on” z „ona”! Ciągle im powtarzam: ja nie jestem Miss, ja jestem Sir! Z braku funduszy lektorami w tybetańskich szkołach są zwykle wolontariusze – ludzie o wielkiej chęci naprawiania świata, trwającej jednak średnio przez trzy miesiące, i o minimalnym wyobrażeniu o lokalnej rzeczywistości. Nie są to profesjonalni nauczyciele, nie posiadają przygotowania pedagogicznego. – Jeżeli chcecie coś powiedzieć, musicie podnieść rękę – mawiał niemiecki wolontariusz do trzydziestki rozwrzeszczanych, pełnych temperamentu tybetańskich 10-latków, którym obce są zasady europejskiej szkolnej musztry.

Kendo prosi: kup ten głupi wisiorek
Gdy pytam dwie młode dziewczyny, trudniące się sprzedażą pamiątek, czy chciałyby studiować, odpowiadają pytaniem: – A po co? Na uniwersytecie nie zarobimy pieniędzy, a potrzebujemy ich na utrzymanie. Zresztą i tak nie dostaniemy lepszej pracy. Dzieciaki z obozu mogą kontynuować naukę w szkole średniej w Pokharze (oddalonej o kilka kilometrów od Tashi Palkhiel), a następnie w Kathmandu – stolicy Nepalu. Po skończeniu nauki ich głównym źródłem zarobkowania staje się zwykle handel drobnymi pamiątkami. Zresztą władze szkoły „Kaliash” same przyznają, że właściwie zajmują się „kształceniem” sprzedawców pamiątek.
Teren oddany przez rząd nepalski pod obóz dla uchodźców jest niewielki, gęsto usiany zabudowaniami. Nie ma nawet miejsca na założenie ogródka. Odpada zatem możliwość utrzymywania się z uprawy ziemi. Tybetańczycy w Nepalu nie mają prawa do prowadzenia własnej działalności gospodarczej, a nepalscy pracodawcy niechętnie ich zatrudniają, bo wystarczająco dużo obywateli tego kraju jest bez pracy. Pozostaje im więc handel koralikami. Do czasu. – Zdajemy sobie sprawę, że w każdej chwili rząd Nepalu może zlikwidować tę formę działalności jako nielegalną – przyznaje były przedstawiciel Dalajlamy w Kathmandu, Tsering Wangchuk (jego biuro zlikwidowano na początku 2005 r.).
Stragany są stałym elementem obozowego krajobrazu. Ponieważ jest to teren podlegający rządowi tybetańskiemu, handlujący uchodźcy nie muszą płacić za te dwa metry kwadratowe, na których rozkładają swoje towary. Tylko kto odwiedza Tashi Palkhiel? Raptem paru zabłąkanych turystów schodzących z tras trekkingowych, którzy po wypiciu Coca-Coli pospiesznie ładują się do autobusu, bo zaledwie piętnaście minut jazdy od obozu jest Pokhara z dziesiątkami tanich hoteli i tostami na śniadanie.
Średnio raz na trzy dni kamienistą drogą wtacza się bus z turystami spragnionymi wrażeń duchowo-kulturalnych, bo w obozie jest klasztor, a w Pokharze – jak na nepalskie Międzyzdroje przystało – nie ma. Turyści ci chłoną swoje wrażenia przez kwadrans, po czym, stosując się do wskazówek wyczytanych w przewodniku Lonely Planet (strona 270), przemykają szybciutko koło stoisk Tybetańczyków, unikając spojrzeń sprzedawców.
Dlatego stragany w obozie prowadzą głównie stare Tybetanki, które nie mają już dość sił, by ruszać z pamiątkami w góry. Czasem w sezonie można odnieść wrażenie, że społeczność Tashi Palkhiel składa się wyłącznie z osób płci żeńskiej powyżej 60. roku życia i dzieci w wieku szkolnym.
Na Lakeside (turystyczna dzielnica Pokhary) uchodźcy sprzedają pamiątki „z torby”. Dwie podstawowe zalety tego sposobu handlowania wyjaśnia mi młody Tybetańczyk o przezwisku John. – Nie musisz uiszczać opłat za lokal, a poza tym, jak ktoś się przyczepi, zawsze możesz udawać, że tylko spacerujesz, ot tak. Przyczepia się głównie policja nepalska. Skompromitowana przez maoistów, z którymi sobie nie radzi, demonstruje swoją władzę wobec uchodźców, co jakiś czas „broniąc turystów przed namolnymi nagabywaczami”. Niedawno, w ramach tej polityki, zabroniono Tybetańczykom swobodnego poruszania się po Lakeside, spychając ich na niewielki obszar, gdzie wchodzą sobie nawzajem w drogę. Niejednokrotnie ich dzienny zarobek wynosi 50 nepalskich rupii (niespełna 1 dolar).
– Tylko nie bierz tych najlepszych butów – przypomina Kendo jej siostra znad zeszytu do geografii. Kendo ma 22 lata i już od dawna nie chodzi do szkoły – musiała przerwać naukę, gdy zachorowała jej matka. Jutro o świcie Kendo rusza w góry z wielką torbą pamiątek. Fuka na siostrę. Wie przecież, że najlepszych butów – podróbek adidasów – nie można brać na trasy trekkingowe. Mogą zamoknąć, zniszczyć się. Pójdzie w sandałach. Teraz w górach zimno. Turyści mają polary, puchowe kurtki. Ale poradzi sobie – jak zawsze. Ile tam zostanie? – Tydzień, może dwa. Zależy, jak pójdzie interes. Główna zaleta handlowania na szlakach to mniejsza konkurencja. Ale musi gdzieś spać, a Nepalczycy z górskich wiosek biorą za nocleg średnio po 2 dolary. No i jeszcze opłaty. Ile? – Trudno powiedzieć. Zależy, ile zechcą przekupni policjanci.
Gdy siostra Kendo skończy szkołę, zapewne również ruszy w góry. Młode dziewczyny mają większe szanse na sprzedanie turystom wisiorka czy bransoletki niż mężczyźni. Uśmiechną się, zagadną. Ala są też bardziej narażone na seksistowskie zaczepki mało subtelnych wędrowców płci męskiej, których cieszy interpretowanie oferty sprzedaży w odniesieniu do dziewczyn, nie do pamiątek.

Jeśli chcesz przeczytać cały artykuł zaloguj się
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się

wersja do wydruku



Aktualności:
Podróże po Polsce...
Diabły z Loudun...
Dyzma z Barcelony...
Tajemnice II wojny św...
Żona z Polski...

Kapela ze Wsi Warszawa

Kimar Studio

wypady.pl

Subnet Internet (C)2003