Puls Świata
Środa, 8 września 2010www.puls-swiata.subnet.pl
Puls Świata


RAPORT: Birma

UCHODŹCY W POLSCE

NORYLSK: Miasto-widmo

KINO AFGANISTANU

Cenzura Internetu w Chinach

Mały Tybet w Nepalu

ARGENTYNA: Okruchy dyktatury

Strefa Kultury:
Literatura

Teatr

Kino

Muzyka

Wystawa

Kanon

BIBLIOTEKA:
LINKI

KSIĄŻKI

DOKUMENTY

GALERIA FOTO

 
ZALOGUJ



RAPORT: Birma

Birmańskie kręgi
Autor: Grzegorz Torzecki

Niepodległość nadeszła po 62 latach. Dla południowych regionów kraju – wcześniej skolonizowanych – nawet po 120. Moment najbardziej sprzyjający ogłoszeniu narodzin nowego państwa wybrano precyzyjnie. Zgodnie z radą astrologów był to dzień 4 stycznia 1948 r., godzina 4.20 rano. Dalszy rozwój wydarzeń, zaprzeczający optymistycznym prognozom, niekoniecznie musiał podważać zaufanie do profesjonalizmu klasztornych wróżbitów. Wyniszczona kolonizacją brytyjską, II wojną światową, a także okupacją japońską Birma wyłoniła się z dziejowego zamętu w stanie nie do pozazdroszczenia. W każdym razie w takim, że sięgnięcie do pomocy ciał niebieskich wcale nie wydawało się bezsensowne.

Historia współczesnej Birmy nie jest już tak barwna jak jej królewska przeszłość. Wyłoniła zresztą tylko jedną postać, która cechami charakteru i osiągnięciami mogłaby mierzyć się z dawnymi królami. Osobą taką był generał Aung San (1915-1947), przez niektórych zwany Ojcem niepodległej Birmy czy po prostu Ojcem Narodu. On sam, gdy odwoływał się do minionej potęgi państwa, lubił podawać za przykład dwóch władców: Anawrahtę i Alaungpaya.

Nawet w krystalicznej wodzie,
lecz pozbawionej przypływu i odpływu,
lęgnie się robactwo.

*

Gdy opadły popioły wojny, okazało się, że – pomijając Japonię i być może Chiny – Birma była najbardziej zrujnowanym państwem w Azji. Przy czym nie tylko zniszczenia materialne dezintegrowały kraj. Kolonizatorzy ulepszyli co prawda gospodarkę i administrację, wprowadzili nowoczesną edukację i ujednolicili prawo – słowem system kapitalistyczny zastąpił istniejący system feudalny – ale kolonialna infrastruktura była stworzona nie dla dobra Birmy, lecz przede wszystkim dla jak najbardziej efektywnej eksploatacji tego kraju. Jeśli zaś coś wypadło lepiej niż zaplanowali Anglicy, było to efektem przypadku – poprawą wymuszoną z jednej strony koniecznością życiową lub popytem, a z drugiej niemożnością jego zaspokojenia przez kolonizatorów. Anglicy po prostu zachłysnęli się nowym nabytkiem. A wraz z nim przejęli także więcej problemów niż mogli podołać.

Spod kontroli zupełnie wymknęła się na przykład kwestia narastającej przestępczości – efekt gwałtownego zubożenia rdzennej ludności kraju. Pod koniec lat 20. okazało się, że już połowa birmańskich chłopów z najbardziej urodzajnych terenów Dolnej Birmy straciła swoje pola ryżowe na rzecz Hindusów, u których zmuszeni byli zaciągać pożyczki na kontynuację swoich upraw. Udzielano ich na lichwiarski procent. Eksploatacja bogactw naturalnych odbywała się także z minimalnym udziałem Birmańczyków. Takie zawody, jak księgowość, medycyna, inżynieria i prawo opanowane były przez Hindusów. Stanowili oni także przytłaczającą większość we wszystkich centralach handlowych, kontrolując ceny w kraju. Wypierali Birmańczyków nawet ze stanowisk urzędniczych.

Wynikające stąd antagonizmy doprowadziły w latach 30. do wybuchu nacjonalistycznych zamieszek. W wyniku pogromów ludności pochodzenia hinduskiego, chińskiego, a także innych wyznań niż buddyjskie, zginęły setki ludzi, a tysiące zostało rannych. Na tle tych konfliktów pojawił się w Birmie zupełnie nowy czynnik, który zdawał się być drogowskazem i kluczem do rozwiązania wszystkich problemów. Odpowiadał na wszystkie pytania epoki. Mądrość wszystkich buddów bladła w porównaniu z receptami na życie, jakie oferowała nowa „wiara”. Tą wiarą był komunizm. Jego widmo już jakiś czas krążyło po Europie, by w latach dwudziestych dotrzeć do Birmy. Od razu zrobił furorę wśród uniwersyteckich organizacji nacjonalistycznych.

Komunizm wzbudził jednak rezerwę i strach zarówno wśród Anglików, jak i tych kręgów inteligencji birmańskiej, która z walki narodowowyzwoleńczej uczyniła swój interes, mający przede wszystkim zapewnić jej wysoką pozycję w przyszłym, wolnym już państwie. Działacze ci, podzieleni na partie czy grupy interesów, w większości złożone z prawników, jak ognia unikali sytuacji, które mogłyby pozbawić ich osiągniętych już przywilejów i pozycji. Jednakże mimo tej „reakcyjnej i wstecznej” postawy, to właśnie dzięki ich wytrwałej pracy Birma zawdzięczała oderwanie się od wicekróla Indii i podporządkowanie rządu kolonialnego bezpośrednio Parlamentowi Brytyjskiemu. Stało się to 1 kwietnia 1937 r.

Nowopowstały system administracyjny był wzorowany na systemie brytyjskim. Rząd złożony z premiera i dziesięciu ministrów odpowiedzialny był przed Izbą Reprezentantów oraz Senatem. Nad nimi stał Gubernator, który mianował połowę Senatu i w Birmie miał władzę absolutną w sprawach bezpieczeństwa, obrony, finansów, spraw zagranicznych. Jego wyłącznej kompetencji podlegały również tereny należące do Shanów, Karenów i innych mniejszości, ogólnie zwanych Plemionami Górskimi. Pierwszym premierem kolonialnej Birmy został najstarszy wiekiem polityk, członek palestry adwokackiej, doktor Ba Maw (1893-1977) – człowiek najbardziej obeznany w zawiłościach procedur konstytucyjno-parlamentarnych, najbardziej przewidywalna postać sceny politycznej. Z tych też powodów stał się wręcz etatowym premierem kolonialnej Birmy, wygodnym zarówno dla Anglików, jak i kolejnych okupantów, Japończyków. Paradoksalnie to właśnie w jego oportunistycznym rządzie Aung San został ministrem obrony w czasie japońskiej okupacji.

Jednakże utworzenie „niezależnego” rządu kolonialnego nie zaspakajało oczekiwań młodzieży i studentów. Najważniejszą sprawą była walka z Brytyjczykami o niepodległość. Walkę tę nakazywało nie tylko serce czy Historia, ale wręcz i karma każdego uczciwego, birmańskiego buddysty. Powojenna Birma ukształtowała się właśnie w wyniku ostrej rywalizacji między tymi dwoma orientacjami: nacjonalistycznym czy niepodległościowym ruchem studenckim i organizacjami wyrosłymi na jego bazie, a partiami założonymi przez dygnitarzy rządu kolonialnego. Siłą rzeczy ci drudzy skazani byli na epitety w rodzaju „sługusy imperializmu”, „oportuniści”, czy „karierowicze” i traktowani odpowiednio do tych etykietek. Wkrótce określenia te, często wraz ze słowem - „zdrajcy”, okazały się bardzo wygodnymi narzędziami do wyeliminowania całej generacji doświadczonych polityków-prawników, których wiedza mogłaby tak bardzo przydać się nowopowstałemu państwu.

Epitetami obrzucano wszystkich legalistów, w tym także opozycję parlamentarną. Jej najbardziej liczącym się przedstawicielem był U Saw (1900-1948), członek Izby Reprezentantów, którego zbrodniczy czyn za dziesięć lat zatrzęsie podstawami niepodległej Birmy. Na razie jednak zapatrzony w zmilitaryzowaną Japonię widział w niej jedynego obrońcę godności Dalekiego Wschodu zdeptanej przez Europejczyków. Japończycy docenili fascynację ich krajem i wyrazili to dofinansowaniem jego przedwojennej kampanii wyborczej. U Saw jednak zawsze przegrywał wybory. Siedzenie zaś w fasadowym parlamencie wyraźnie go nużyło. Na łamach wydawanej przez siebie gazety starał się podbić serca ludzi dla swojej niewielkiej, faszyzującej partii. Marzyła mu się władza, nie debaty nad ustawami fikcyjnego rządu. Chwytał się różnych zajęć. Parlamentarzysta, redaktor naczelny, autor płomiennych wstępniaków, przewodniczący partii, wódz partyjnej milicji. Jak jednak zostać Wodzem Narodu?... Mimo wysiłków, jego notowania polityczne nie ulegały zmianie. Stały nisko.

Gdy Ba Maw’a mianowano po raz pierwszy premierem, na Uniwersytecie w Rangunie działał już Aung San. Miał wówczas 22 lata i był doskonale znany w ruchu studenckim. Pochodził z rodziny nacjonalistów birmańskich, w której wszyscy mężczyźni brali udział w różnych akcjach zbrojnych przeciwko Brytyjczykom. Najbliższe dziesięciolecie pokazało, jak wybitnym talentem politycznym odznaczał się Aung San. Birma nie miała tak wykształconego przywódcy. Studiował literaturę angielską, historię współczesną, nauki polityczne. Spełniał nawet wymóg tradycyjnej edukacji – wykazał się celującą znajomością języka pali, bez którego, jak mówiono, nikt nie powinien uważać się za osobę wykształconą. Zdobytą wiedzę potwierdzały liczne nagrody, stypendia i wyróżnienia akademickie.

W 1938 r. porzucił studia prawnicze, aby całkowicie poświęcić się polityce, w której zrobi oszałamiającą karierę. Przeszedł do historii jako jedna z najwybitniejszych osobowości politycznych Azji. Śmierć w zamachu, w chwili największego sukcesu politycznego i życiowego, uczyniła z niego postać niemalże mityczną. Za zasłoną romantycznego heroizmu zniknęły mniej wygodne fakty z jego życiorysu, utrwalając pomnikowy wizerunek wodza, który swoje młode życie złożył w ofierze wolności kraju.

Był człowiekiem o nieprzeciętnej charyzmie, inteligencji, energii i odwadze. Potrafił chłodno kalkulować zyski i straty, żeby w oka mgnieniu odwracać sojusze, jeśli tylko nowy alians miał przynieść większe korzyści dla sprawy, której się poświęcił – jak najszybszej niepodległości Birmy. Łatwo nawiązywał kontakty i zjednywał sobie zwolenników. Prawie w każdej organizacji, do której należał, szybko stawał się liderem. Już w trakcie studiów zbliżył do ruchu Thakinów, który w miarę nadciągającej wojny przekształcał się z luźnego związku niepodległościowych organizacji w partię o wyraźnie nacjonalistycznym obliczu, cieszącą się ogromną popularnością wśród młodej inteligencji. Po wstąpieniu doń prawie natychmiast został jej Sekretarzem Generalnym.

Thakinowie zajmowali się organizowaniem ulicznych demonstracji, strajków w przemyśle, a także sabotażem. Jedno z takich antybrytyjskich wystąpień w 1938 r. wymknęło się spod kontroli organizacji i wciągając ludność Rangunu, przekształciło się w krwawy wybuch nienawiści przeciwko wszystkim obcym, w tym również przeciwko mniejszościom narodowym. Płonęły domy. Jeszcze nieraz z tego powodu ulice spłyną krwią.

Wydarzenie to unaoczniło poziom tłumionej agresji i skalę problemów, z jaką będą musieli zmierzyć się politycy, gdy wywalczą tak upragnioną wolność. Krwawe łaźnie wzbudzały później pewne poczucie winy czy też wstydu, ale nie wyciągano z tych wydarzeń żadnych praktycznych wniosków. Traktowano je jak wypadek przy pracy czy chorobę wieku dziecięcego rodzącego się państwa. Wszak nowa „wiara” – socjalizm czy komunizm – dawała receptę na rozwiązanie wszystkich bolączek nurtujących społeczeństwo. I pewność należytego skutkowania przepisywanej kuracji. Aung San zachłystywał się w swoich przemówieniach tą nową ideą – zdawać by się mogło, że „Manifest Komunistyczny” znał na pamięć. Nic dziwnego. Przecież równolegle z karierą w partii Thakinów, w sierpniu 1939 r. został założycielem i Sekretarzem Generalnym pierwszej komórki partii komunistycznej w Rangunie. Później, gdy z komunistami było mu już „nie po drodze”, nastąpił rozłam, lecz nie w wyniku różnic ideologicznych, ale raczej preferowanych metod działania i rozbieżności celów: Aung Sana bardziej interesowało wypędzenie Anglików niż rozbudowa partii. Ważne były także względy personalne i rywalizacja. Tuż po uzyskaniu niepodległości okazało się, że niefortunną okolicznością zarówno dla Aung Sana, jak i tworzącej się dopiero demokracji, oraz dla samej Birmy, był fakt, że komuniści mieli równie charyzmatycznych przywódców, o nie mniejszej sile oddziaływania niż Aung San. Niesłychanie łatwo więc udało im się skupić wokół siebie potężne siły skierowane w nowopowstałe państwo, tym bardziej, że korzystali przy tym z pomocy zewnętrznej.

Na razie jednak Aung San, wspinając się po szczeblach kariery, próbował grać na wielu instrumentach kształtowania podstaw przyszłej, niezależnej już władzy. Socjalistyczny światopogląd realizował na forum Wszechbirmańskiej Partii Chłopskiej, w której był członkiem Komitetu Wykonawczego Partii. Stworzył także Ludową Partię Rewolucyjną. A jednocześnie był jedną z najważniejszych osób, które pomagały prawicowemu premierowi Ba Maw założyć Blok Wolnościowy, grupujący partie zainteresowane wyzwoleniem Birmy spod brytyjskiego kolonializmu. W Bloku tym pełnił funkcję Sekretarza Generalnego. Nikomu nie przeszkadzała ta polityczna polifonia, a i sam Aung San jakoś nie popadł w schizofrenię mimo karuzeli poglądów, wśród których działał. Wróg był jeden. Cel był jeden. Zaś dla wielu nadzieją był Kraj Wschodzącego Słońca, który coraz silniej błyszczał w Azji.

Wybuch II wojny światowej wymusił na wszystkich dookreślenie się w kwestii narodowościowej. Zradykalizował postawy i poglądy. Wychodząc naprzeciw ksenofobii ulicy oraz wielu ugrupowań Bloku, premier Ba Maw ogłosił, że europejska wojna nie ma nic wspólnego z Azjatami, i że Birmańczycy, jako brytyjscy poddani nie powinni być w nią wciągnięci. Za taką postawę trafił do więzienia. Tolerowany dotąd birmański „Hyde Park” wyraźnie się skończył.

Rwący się do radykalnych działań Aung San został w 1940 r. delegowany przez Thakinów na misję do Chin w celu uzyskania pomocy tamtejszej partii komunistycznej przeciwko Brytyjczykom. Wyjechał tym chętniej, iż Anglicy już ścigali go listem gończym. U Chińczyków nic nie wskórał, za to wpadł w oko wywiadowi japońskiemu, który na kilka miesięcy ściągnął go do Tokio. Mimo że Japończycy prowadzili już od dawna rozmowy z politykami birmańskimi starszej generacji (o czym Aung San nie wiedział), musiał zrobić na nich korzystne wrażenie, gdyż w końcu zaproponowali mu współpracę.

W rezultacie na początku 1941 r. wrócił do Rangunu, zebrał 29 działaczy i bojowników przedwojennych organizacji młodzieżowych, po czym przywiódł ten oddział na szkolenie wojskowe na wyspę Hainan. W wyprawie tej uczestniczył jego znajomy z czasów uniwersyteckiej działalności Thakinów, Shu Maung, którego bojowy pseudonim brzmiał Ne Win („Błyszczący Jak Słońce”, 1911-2002) – przyszły dyktator Birmy. To właśnie z grona tych bojowników, znanych jako „Trzydziestu Towarzyszy”, będzie wywodzić się większość wojskowych sprawujących rządy junty, aż do końca lat 60. Po zakończeniu treningu grupa ta pojechała do Bangkoku tworzyć Birmańską Armię Niepodległościową (BIA), która razem z Japończykami miała wkroczyć do Birmy.

W tym czasie w Rangunie, po aresztowaniu Ba Maw’a funkcję premiera przejął U Saw. W 1941 r. wyruszył on do Londynu przekonać Winstona Churchilla do nadania Birmie statusu podobnego do tego, jakim cieszyła się Kanada. Zignorowany i urażony w swoich wodzowskich ambicjach, w drodze powrotnej próbował odpowiedzieć pozytywnie na wcześniejsze nagabywania Japończyków. Namierzony przez wywiad angielski został aresztowany i zesłany do obozu w Ugandzie. W ten oto sposób scena polityczna w Rangunie pozostała do dyspozycji Aung Sana i „Trzydziestu Towarzyszy”. Nadeszli w marcu 1942 r. Aung San jako Dowódca Naczelny Birmańskiej Niepodległościowej Armii, funkcję szefa sztabu pełnił Ne Win. Uwolniony z więzienia Ba Maw znowu najbardziej nadawał się na premiera „niepodległej”, tym razem z łaski japońskiej, Birmy. W jego rządzie rozpoczął swoją karierę dotychczasowy przewodniczący Thakinów, U Nu – przyszły premier wolnej Birmy. Póki co, też dzięki Japończykom, wyszedł z więzienia i objął tekę ministra spraw zagranicznych. Wkrótce dołączy do nich Aung San.

Wkroczenie Birmańskiej Armii Niepodległościowej (BIA) zostało przyjęte z mieszanymi uczuciami: dumy i radości ze strony Birmańczyków oraz strachu i agresji ze strony mniejszości narodowych, które pod angielskimi rządami cieszyły się samorządnością – podlegały bezpośrednio urzędowi Gubernatora, a nie rządowi kolonialnemu złożonemu z Birmańczyków. Dlatego z całych sił wspierały one partyzantkę angielską, a armię Aung Sana uważały za zdrajców. I vice versa. Wrogie, obustronne nastawienie wywołało prześladowania i krwawe pacyfikacje, na które Karenowie odpowiedzieli powstaniem. Żołnierze BIA swoją furię wyładowywali nie tylko na Karenach, ale i Monach, Hindusach oraz Chińczykach. Generał Aung San musiał prosić Japończyków o interwencję i spacyfikowanie własnej armii. Zreorganizowana przyjęła nazwę Birmańskiej Armii Obronnej (BDA). Na jej szczycie, w szeregach „Trzydziestu Towarzyszy”, nie nastąpiły jednak żadne istotne zmiany.

W marcu 1943 r., w pierwszą rocznicę „wyzwolenia” Birmy, Aung San, premier Ba Maw i kilku innych prominentów zostało zaproszonych do Tokio. Sypnęły się nagrody i odznaczenia. Aung San został Generałem Majorem i kawalerem Orderu Wschodzącego Słońca. To nie wszystko. Już w sierpniu tego samego roku, z okazji oficjalnego ogłoszenia Birmy państwem niepodległym, Aung San otrzymał Order Świętego Skarbu I Klasy i tytuł Ministra Obrony w rządzie Ba Maw’a. Premier cenił swojego ministra, lecz chyba niezbyt go lubił. Nie tylko z przyczyn ambicjonalnych – czuł się przy nim spychany na dalszy plan – ale również z powodów personalnych. Aung San miał być człowiekiem kapryśnym i nietolerancyjnym. Natomiast wyróżniał się spośród innych dwiema, bardzo ważnymi dla polityka cechami: był pozbawiony jakichkolwiek sentymentów i iluzji oraz obdarzony niebywałą wprost wytrwałością i pracowitością.

Dodać do tego należałoby trzecią cechę: był zakochany w swojej armii, którą stworzył i ciągle ulepszał. Wkrótce udało mu się przeprowadzić trzecią już jej reorganizację. Wojsko zostało nazwane Birmańską Armią Narodową (BNA). Jej korpus oficerski składał się w całości z Birmańczyków. Przy wszystkich tych roszadach Ne Win pozostawał zawsze szefem sztabu armii.

Awanse ani na moment nie zmąciły Aung Sanowi poczucia rzeczywistości lub wizji sprawy, za którą walczył. Mowy dziękczynne wykorzystywał jako okazje do składania coraz ostrzejszych protestów wobec polityki, która de facto kolonializm brytyjski zastąpiła jeszcze gorszym kolonializmem japońskim.

Jednak nie stracił głowy, ani stanowiska. Japończycy musieli go bardzo cenić skoro wykazywali tak niebywałą w czasach wojny tolerancję. Jeszcze w tym samym roku, roku zagłaskiwania go honorami i wyróżnieniami, Aung San nawiązuje kontakt z Brytyjczykami, deklarując chęć przejścia wraz z armią na ich stronę.

Rok później, w sierpniu 1944 r., w kolejną rocznicę uzyskania „niepodległości”, Aung San w przemówieniu radiowym nazwał ją fikcją. Japończycy i tym razem ograniczyli się do komentarzy i to też raczej w swoich kręgach. Przypadek chyba niespotykany w dziejach II wojny światowej. Jeszcze w tym samym miesiącu, pod nosem Japończyków, Aung San założył razem z komunistami podziemną Antyfaszystowską Organizację (AFO), w której przejął kierownictwo wojskowe. AFO wroga widziała oczywiście w obecnym okupancie kraju. Jednak z poderwaniem swoich wojsk Aung San czekał aż do marca 1945 r. (do zakończenia wojny w Azji zostało tylko cztery miesiące). Wtedy nazwał nieszczęsnego Ba Maw „tyranem” i wypowiedział wojnę Japonii. Wkroczył do Rangunu po raz drugi, gdy wcześniej Japończycy opuścili miasto bez walki, i już jako zwycięzca witał w nim Brytyjczyków.

Wkrótce AFO poszerzona została o inne grupy niepodległościowe, w tym reprezentujące mniejszości narodowe i przyjęła nazwę Antyfaszystowskiej Ludowej Ligi Wolności (AFPFL).
Wszystko, co wiązało się z tą zmianą aliansu politycznego, było perfekcyjnym ruchem otwierającym drogę do niepodległości Birmy. Nawet nazwa Ligi.

Musiała brzmieć dość egzotycznie. O faszyzmie, poza wąskim kręgiem inteligencji, Birmańczycy wiedzieli chyba tylko tyle, co zdołali przeczytać w bojkotowanej brytyjskiej prasie. Lecz przyjąwszy na sztandarze hasło „antyfaszystowska” członkowie Ligi stawali się nietykalni. Każdy, kto teraz zaatakowałby Ligę mógłby zostać nazwany faszystą. Sprawiali wrażenie zjednoczonego ruchu, rzeczywistego głosu ludu. A głos ten żądał wolności w imię wspólnej walki z pokonanym właśnie wrogiem – faszyzmem. Znowu Birma stała się dla Anglii bardzo trudnym orzechem do zgryzienia, mimo że porozumienie między Aliantami przywracało kolonialne status quo.

Ażeby zachować swoją armię, po czwartej już reorganizacji nazwaną Birmańskimi Siłami Patriotycznymi (PBF), oraz zademonstrować wolę pokojowego rozwiązania problemu statusu Birmy, Liga AFPFL przekazała swoje wojska pod dowództwo brytyjskiej Birmańskiej Armii – wszak nie było już żadnego wroga. Tym gestem Aung San nie tylko zyskał w niej stopień Generała Brygady. Anglicy, nie chcąc uchodzić za kolonialnego faszystę atakującego bezbronnego alianta, musieli – niezależnie od swoich powojennych kłopotów – zgodzić się na rozmowy prowadzące do procesu dekolonizacyjnego.

Aung San wybrany w styczniu 1946 r. przewodniczącym AFPFL, pozostawił w armii najbardziej zaufanego z wojskowych – generała Ne Wina, aby z resztą grupy „Trzydziestu Towarzyszy” wrócić do cywila i zająć się wielką polityką. Zostało mu półtora roku życia na realizację celu, któremu się poświęcił.

We wrześniu 1946 r. Anglicy mianowali go premierem rządu kolonialnego. U Nu po raz kolejny objął stanowisko ministra spraw zagranicznych (czyli w rzeczywistości pełnomocnika ds. kontaktów z Brytyjczykami). Zastrzegał się przy tym, że urząd ten chce sprawować nie dłużej niż sześć miesięcy. Od początku Anglicy próbowali blokować prace tego rządu, np. przez odmowę akceptacji gabinetu, w którym zasiadali reprezentanci komunistów. Nie do przełknięcia byli również komuniści w AFPFL.

Oba problemy Aung San rozwiązał na drodze nacisku. Brytyjczyków zmusił do uległości strajkiem powszechnym. Nie było to trudne. Liga AFPFL, będąc nadbudówką Thakinów, miała swoich ludzi wszędzie. Poza tym Anglicy zdawali sobie sprawę, że w wypadku fiaska rozmów Aung San ma do swojej dyspozycji nierozbrojone oddziały, których oni nie chcieli wcielić do kolonialnej Birmańskiej Armii (można się tylko domyślać, jaka to była zbieranina). Pozostawione z bronią, miały rzekomo pilnować porządku… na prowincji. Aung San utworzył z nich Organizację Ludowych Ochotników (PVO), która była zbrojnym ramieniem AFPFL, de facto zaś – póki żył – była to jego prywatna armia. Problem drugi: żądnych władzy dotychczasowych sojuszników, komunistów, wymanewrował z Ligi w październiku 1946 r.
To bardzo osłodziło Brytyjczykom gorycz rozmów o utracie kolonii. Pokazało również, że Aung San władzą dzielić się nie lubił, a wiadomo już było, że miał ją zagwarantowaną.

Lecz taki sposób rozstania się z rosnącym w siłę sojusznikiem – sojusznikiem, któremu wiele zawdzięczał i który już stał w przedpokoju do rządu, a teraz został zesłany do dżungli – wkrótce miał przynieść Birmie wiele nieszczęść. Trudno powiedzieć, czy istniało inne rozwiązanie, gdyż spory ideologiczne były tylko kamuflażem bezkompromisowego dążenia obu stron do władzy. Komunistom marzyła się rewolucyjna dyktatura i szybkie wybicie się na niepodległość drogą walki zbrojnej. Nie wierzyli w pokojowe przejęcie władzy. Aung San opowiadał się za specyficznie pojętą, wielopartyjną demokracją i wypróbowaniem najpierw metody negocjacji w drodze do dekolonizacji Birmy. To brzmiało rozsądniej od programu komunistów.

Ale jak miała wyglądać demokracja w wolnym już państwie? Miała to być demokracja, w której przewodnia rola zarezerwowana była dla AFPFL, czyli dla Aung Sana. On sam pokazał w kwietniu 1947 r., jak ma ona funkcjonować w praktyce, gdy kandydatów do parlamentu i zgromadzenia konstytucyjnego wybierał osobiście z przedstawionej mu listy, żądając dla nich bezwarunkowego poparcia. Przeszli wszyscy. Mieli być zaufanymi, lojalnymi rewolucjonistami, którzy nie będą zbytnio dyskutować. A więc coś w rodzaju demokracji dla swoich, ale nie dla wrogów demokracji.

Aung San tak przewodniczył AFPFL jakby miał zagwarantowane stanowisko wiecznego lidera, a kierunki działań dyktowała mu potrzeba chwili i to tej najbliższej. Przy czym często stawiał wszystko na jedną kartę: zdobyć niepodległość jak najszybciej, a potem zobaczymy. Może i myślał o przyszłości, ale nie miał dostatecznej siły ani pomysłów, jak pogodzić i wykorzystać duże różnice ideologiczne między licznymi ugrupowaniami i zbudować z nich dający się zrealizować program. Łudził się też, że Thakinowie zdolni są przetrwać walkę polityczną (pod jego oczywiście przewodnictwem) skoro, mimo rozlicznych frakcji, dotychczas trzymali się razem. Sam uwierzył w ich mit. Tak czy inaczej, zlekceważenie potencjalnej siły komunistów i upokorzenie ich było chyba największym błędem Aung Sana, a jego konsekwencje trwają w zasadzie do dzisiaj.

Jednak w tamtym czasie nie miał on zbyt wiele czasu na analizowanie przyszłych wariantów rozwoju sytuacji. Wykorzystując sprzyjającą aurę międzynarodową, a także oszołomienie Anglików paraliżem strajkowym, który wywołał w kraju, Aung San potrafił jednocześnie umiejętnie wykorzystać komunistyczne fobie Brytyjczyków, ażeby wymóc na nich rozpoczęcie negocjacji dekolonizacyjnych. Uporczywie powtarzał, że jeśli Birma natychmiast nie uzyska całkowitej niepodległości, to nastąpi rozpad AFPFL, który utoruje drogę do władzy komunistom. A to oznacza kolejną wojnę w tym regionie świata. Na jej prowadzenie Anglicy nie mieli już sił ani ochoty. To był rodzaj szantażu: albo on, Aung San, i pokój, albo komuniści i wojna. Obrazowo mówiąc Aung San miał jakby dwa psy na łańcuchach: własną armię PVO i komunistów dla postrachu. Nie przewidział tylko możliwości, że te brytany mogą się polubić, wymknąć spod kontroli i wspólnie szarpać dopiero co narodzone państwo.

W wyniku takich oto rozgrywek Aung Sanowi udało się to, czego przez wieki nie osiągnęli nawet królowie Birmy. Nawiązał bezpośredni dialog, jak równy z równym, z szefem brytyjskiego rządu – nowowybranym premierem Clementem Attlee. Pominął przy tym urzędującego gubernatora kolonii, który desperacko próbował jeszcze odbudować przedwojenny układ sił – koalicję polityków starej daty, legalistów, ażeby przeciwstawić ich Thakinom/AFPFL-owi. Bezskutecznie. Nawet niedawno okrzyknięty „tyranem” były premier Ba Maw popierał Thakinów. Nic już nie stało na przeszkodzie końcowym negocjacjom.

27 stycznia 1947 r. w Londynie Aung San i premier Attlee podpisali porozumienie gwarantujące Birmie uzyskanie niepodległości w ciągu jednego roku. Większość delegacji stanowiła oczywiście AFPFL. Znalazła się też i opozycja, której przewodził wydobyty z afrykańskiego zesłania były premier Birmy i wieczny opozycjonista, U Saw. Zaskoczył wszystkich, gdy po dwóch tygodniach rozmów nagle wycofał się z podpisania układu, twierdząc, że Aung San poszedł za daleko w kompromisach z Brytyjczykami. Jego protest współbrzmiał z głosami komunistów oskarżających AFPFL, że w Londynie wyprzedaje interesy Birmy. U Saw liczył ponadto, że swoim oporem zyska na popularności. Wybory pokazały wkrótce, że całkowicie się przeliczył.

Porozumienie Aung San-Attlee zawierało warunki: zorganizowanie wyborów parlamentarnych, zatwierdzenie konstytucji oraz najtrudniejszy do osiągnięcia – zgodę mniejszości etnicznych zamieszkujących górskie pogranicza Birmy na wspólne życie w jednym państwie z Birmańczykami. Było to diabelnie trudne do spełnienia. Pomijając już okres siedemsetletnich prześladowań, to najliczniejsze z tych ludów – Shanowie i Karenowie – musiałyby zrezygnować z marzeń o własnej państwowości. A przecież Shanowie mieli dotąd własny ród królewski i pieczołowicie pielęgnowane wspomnienia królestwa, które kiedyś kontrolowało całą Birmę. Zaś Karenowie dzięki swojej walce i pomocy Anglików, już w 1875 r. wymusili na królu Mindonie uznanie ich niezależności od Birmy. Abstrahując zaś od tych odległych historii, wszyscy mieli świeżo w pamięci pogromy wzniecone przez Thakinów w 1938 r. i wyczyny Birmańskiej Wyzwoleńczej Armii zwycięsko wkraczającej za plecami Japończyków w 1942 r. To właśnie Karenowie odczuli na własnej skórze pierwszy posmak „wolności”. Zaś już kilka lat później, mówiąc w przenośni – poproszono owce, żeby zeszły z przestronnych górskich pastwisk i dały się zamknąć z wilkiem w zagrodzie. Uroczyście przy tym zapewniano, że włączony w społeczność międzynarodową wilk będzie miał odtąd przyjazne zamiary.
Budowanie jedności w taki oto administracyjny sposób było wariantem tej samej polityki, którą zastosowano przy włączaniu armii Aung Sana (PFB) do kolonialnej Birmańskiej Armii. Musiał wówczas zgodzić się, żeby szefem sztabu został Karen, generał Smith Dun, i rozszerzyć korpus oficerski o żołnierzy będących Karenami. Aung San zgadzał się na wszystko. Mimo że rozmowy z „plemionami górskimi” na pewno trwały już od jakiegoś czasu, to jednak jest chyba rekordem w dziejach dyplomacji doprowadzić do podpisania wielostronnego paktu w około 15 dni. Już 12 lutego 1947 r. Aung San spełnił żądania Brytyjczyków. Tak zwany „Traktat z Panglong” był gotów. Mniejszości etniczne zgadzały się podporządkować jednolitej administracji nowego państwa. Uwierzyły, że układy będą dotrzymane. Poza tym nikt nie chciał pozostawać ani chwili dłużej w jakiejkolwiek zależności od obcych w sytuacji, gdy Birma miała cieszyć się bezwarunkową wolnością.

Aung San musiał istotnie być wybitnym dialektykiem skoro udało mu się uzyskać taki dokument. Z jednej strony spełniał on angielskie postulaty i chwilowo uspokajał nastroje w kraju, ale z drugiej stanowił zaprzeczenie realizmu politycznego w Birmie. Podporządkować się jednolitej administracji? Owszem, ale zachowując własny samorząd, z własnymi siłami zbrojnymi, a na dodatek z prawem do secesji i założenia odrębnego państwa. A na deser jeszcze stanowisko prezydenta dla Shanów, którzy przewodzili związkowi mniejszości narodowych i stanowili najliczniejszą po Birmańczykach grupę ludności. Funkcja, którą miał objąć ich przedstawiciel była niewiele znacząca, ale zawsze „prezydent” to brzmi dumnie. Czyli był to układ federacyjny i to bardzo liberalny. Szkopuł w tym, że nic podobnego nie istniało dotychczas nigdzie w Azji, a co dopiero w tak skonfliktowanym wewnętrznie kraju, jakim od wieków był Birma.

Skąd więc ta lawina obietnic i ten pośpiech? Z jednej strony wybujały nacjonalizm pchał wszystkich do walki o niepodległość, która stała się celem nadrzędnym, kreującym najdziwniejsze pod słońcem sojusze. Z drugiej strony chciano wykorzystać widoczne osłabienie Europejczyków: Anglików w Indiach i Francuzów w Indochinach. Wszyscy również byli świadkami upadku dwóch dotychczasowych potęg tworzących ówczesny świat: najpierw Anglicy uciekali przed ludźmi Wschodu – Japończykami, a potem nieoczekiwanie padł ten, którego w Azji uważano za niezwyciężonego obrońcę honoru wszystkich ziem Wschodzącego Słońca. I w obydwu wypadkach, jak głosiła rodząca się właśnie wojskowa legenda, rękę do ich klęski przyłożyła birmańska armia. Mitologizowanie wyczynów własnego wojska należało do ulubionego repertuaru środków gloryfikacji historii Birmy. Teraz tym bardziej, po latach niewoli, działania takie bardzo podnosiły naród na duchu i motywowały do walki, w której zwycięstwo wydawało się być w zasięgu ręki.

Ponadto zabójczo racjonalni komuniści dostarczali zarówno wyjaśnień, dlaczego imperialistyczny świat musi upaść, jak i dawali gwarancję, że teraz jest najbardziej sprzyjający moment do kształtowania historii własnymi rękami. Dla ludzi brzmiało to jak odczytanie proroctwa, trafne przewidzenie karmy dziejów. To nie mogło się nie udać! Aung San też uległ tej magii. Nic więc dziwnego, że partie i ich organizacje zbrojne mnożyły się jak grzyby po deszczu. Komuniści zwycięsko parli do przodu wszędzie na świecie. Aung San doskonale czuł te nastroje – sam był przecież protagonistą tych wydarzeń. Wiedział też jednak, że w każdej chwili może dojść do jakiegoś wybuchu. Przypadkowego bądź sprowokowanego. A to może dać Brytyjczykom pretekst do odegrania roli siły stabilizacyjnej w regionie. Tym bardziej, że mieli plany pozostania na pograniczach Birmy jeszcze kilka lat po dekolonizacji, tereny tzw. „górskich plemion” były przecież pod ich wyłączną jurysdykcją. Kto wie czy dla Birmy nie byłoby to lepszym rozwiązaniem? Być może obecność Anglików mogłaby na przykład zapobiec wkroczeniu wojsk Kuomintangu, który wywarł najbardziej destrukcyjny wpływ na kształtowanie się stosunków społeczno-politycznych nowego państwa...

Przyszłości jednak Aung San nie mógł przewidzieć. Żył wtedy chwilą. Wszyscy wokół, i on sam też, krzyczeli: Anglików należy pozbyć się jak najprędzej, za wszelką cenę! Rozliczenie zaś rozdawanych na prawo i lewo obietnic może przecież poczekać. A więc, mając już porozumienie z mniejszościami w ręku, biegiem do wyborów! Do następnego punktu z brytyjskich warunków otwierających drogę do dekolonizacji. Aung San osobiście, razem z przewodniczącym Thakinów, U Nu, typował kandydatów na posłów z list AFPFL. Wykształcenie na razie liczyło się najmniej. Jednoczesne wybory do Parlamentu i Zgromadzenia Konstytucyjnego odbyły się 9 kwietnia 1947 r. Liga AFPFL wygrała je śpiewająco. Zdobyła 444 miejsca na 457 przy 90% frekwencji wyborczej. Totalne zwycięstwo!

Przewodniczącym Zgromadzenia Konstytucyjnego został U Nu, który jak często powtarzał, urząd ten zgodził się objąć tylko na sześć miesięcy. Pozostawało dokończyć i zatwierdzić konstytucję, nad którą w pośpiechu pracowali Aung Sun, U Nu i paru innych towarzyszy. Była jednoznacznie socjalistyczna w treści, choć słowo „socjalizm” jeszcze nie było w niej użyte. W zasadzie wszystko, co planował Aung San, zostało osiągnięte. Ogłoszenie dnia uzyskania niepodległości było już tylko kwestią formalną. Marzenia pokoleń spełnione. I za chwilę najczarniejszy moment w dziejach Birmy.

19 lipca 1947 r. do sali, gdzie Aung San – jeszcze jako premier kolonialnego „samorządnego” rządu – obradował ze swoimi ministrami, wdarło się kilku zamachowców i dosłownie rozerwało go seriami z pistoletów maszynowych strzelających kulami dum-dum. Wraz z nim zginęło na miejscu 6 jego współpracowników, w tym jego starszy brat, dwóch zmarło od odniesionych ran i tylko trzech przeżyło ten atak. Zamachowcy próbowali również zabić U Nu, ale nie zastali go w domu.
W chwili śmierci Aung San miał 32 lata. Był uosobieniem tego wszystkiego, co Birmańczycy chcieli widzieć w swoich przywódcach. Młody, pełen niespożytej energii, szaleńczo odważny. Wszechstronnie wykształcony, mimo że sam o takich ludziach wyrażał się ironicznie: „za dużo rozmawiają”.

I jak król Alaungpaya, na którego się powoływał, był zawsze zwycięski. Trudno uwierzyć, że mimo prowadzenia tak intensywnej działalności politycznej w wielu środowiskach naraz i zajmowania wysokich stanowisk w licznych organizacjach, nigdy nie trafił do więzienia. Ani jego przyjaciele, ani wrogowie nie mieli tego szczęścia. Posiadał cechę, która dla każdego przywódcy jest bardzo ważna, wręcz wymarzona – umiał rozmawiać z ludźmi ze wszystkich środowisk i przekonywać ich do swoich racji. Przynajmniej tak długo, jak przebywali w jego obecności. Mówił im to, co chcieli usłyszeć, lecz nie starał się im przypochlebiać. Raczej hipnotyzował swoją osobowością, młodzieńczą witalnością i wizją „nowego, wspaniałego świata” – cokolwiek by to znaczyło. Nawet wtedy, gdy jak na zjeździe wyborczym AFPFL w styczniu 1946 r., wyrażał się z entuzjazmem o demokracji w Chinach czy ZSRR. Tłumy go uwielbiały. Oczywiście było wielu ludzi, bądź wiele sił, żywotnie zainteresowanych śmiercią Aung Sana. Zburzeniem tego jedynego filaru jedności, na jakim opierała się dopiero powstająca, niepodległa Birma.

Jeśli chcesz przeczytać cały artykuł zaloguj się
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się

wersja do wydruku



Aktualności:
Podróże po Polsce...
Diabły z Loudun...
Dyzma z Barcelony...
Tajemnice II wojny św...
Żona z Polski...

Kapela ze Wsi Warszawa

Kimar Studio

wypady.pl

Subnet Internet (C)2003