Puls Świata
Czwartek, 9 września 2010www.puls-swiata.subnet.pl
Puls Świata


RAPORT: Birma

UCHODŹCY W POLSCE

NORYLSK: Miasto-widmo

KINO AFGANISTANU

Cenzura Internetu w Chinach

Mały Tybet w Nepalu

ARGENTYNA: Okruchy dyktatury

Strefa Kultury:
Literatura

Teatr

Kino

Muzyka

Wystawa

Kanon

BIBLIOTEKA:
LINKI

KSIĄŻKI

DOKUMENTY

GALERIA FOTO

 
ZALOGUJ



RAPORT: Birma

Poligon Birma
Autor: Mariusz Janik

Birmą rządzą rządza gwiazdy. Te na niebie i te na pagonach.

To gwiazdy wskazały, gdzie ma powstać nowa stolica Myanmaru – jak nazywa się oficjalnie Birma. Za radą astrologów – i, jak twierdzą analitycy, ze strachu przed potencjalną inwazją wojskową Stanów Zjednoczonych – birmańska junta postanowiła przenieść stolicę z Rangunu pod Pyinmanę, położoną 400 km na północ od dotychczasowej siedziby władz.
Utrzymana w najgłębszej tajemnicy przeprowadzka zaczęła się pod koniec ubiegłego roku. W listopadzie i grudniu 2005 r. urzędnicy otrzymali polecenie rychłego przygotowania się do przeniesienia. Niektórzy dowiedzieli się o tym na dobę przed wyjazdem.
Miasto zostało zamknięte przez cudzoziemcami. W ciągu ostatniego roku mieli oni okazję zobaczyć Pyinmanę tylko raz – podczas marcowej parady wojskowej, kiedy to 12 tysięcy żołnierzy przedefilowało przez przywódcą junty, generałem Than Shwe. Wiele wskazuje na to, że po tej „inauguracji” miasto będzie nadal ukrywane przed światem – w czerwcu aresztowano trzech fotografów, którzy robili tam zdjęcia bez rządowego pozwolenia.
Kompleks budynków rządowych, „centrum dowodzenia i kontroli”, jak nazywają nowe miasto generałowie, powstał na wykarczowanych połaciach dżungli pod Pyinmaną. Wbrew nazwie, Królewskie Miasto (Naypyidaw) podobno nie wyróżnia się ani nowoczesnością, ani wygodą. Prowadzi do niego tylko kilka dróg, w mieście brak telefonów, a mieszkańców nękają chmary komarów. Nic dziwnego, za rogiem dżungla. Ze względu na te utrudnienia ambasady oraz przedstawiciele agencji pomocowych i organizacji międzynarodowych pozostali w Rangunie.
Teoretycznie nowa lokalizacja (w centrum kraju) ma ułatwić rządzenie 54-milinowym krajem. Stąd bliżej do ogarniętych rebelią terenów kraju, łatwiej kontrolować zawarte już rozejmy. Junta będzie miała również pod kontrolą swoich cywilnych urzędników – w 1988 r., podczas protestów opozycji i studentów, tłumnie przyłączyli się oni do demonstracji. Teraz nie będzie to już możliwe.
Ale inwestycja ta przyniesie zapewne więcej szkód niż pożytków. Olbrzymie wydatki związane z budową kompleksu prawdopodobnie pogłębią kryzys gospodarczy, który od kilku lat gnębi Birmę. Niektórzy analitycy dostrzegają tu symptomy nadchodzącego załamania, jak przed krachem w Argentynie kilka lat temu. Wiele szkód przyniosło przykładowo zamknięcie w 2003 r. kilku zamieszanych w skandale korupcyjne banków – właściciele kont, również ci uczciwi, stracili wówczas całe oszczędności. Na dodatek powstanie „centrum dowodzenia” rozdrażniło sąsiednie kraje, które dostrzegają w Królewskim Mieście wyłącznie oznakę postępującej izolacji.

Generałowie zdejmują mundury
Junta przygotowuje cywilne oblicze – twierdzi zazwyczaj dobrze poinformowany serwis „Asia Times” z Hongkongu. Do tego ma wojskowym posłużyć Unia Solidarności i Rozwoju, jakoby społeczna organizacja sformowana w 1993 r. Według oficjalnych informacji, obecnie do Unii należy 22,8 mln Birmańczyków, w tym pracownicy administracji państwowej i wszelkich instytucji, na jakie rząd ma wpływ (ich członkostwo jest obligatoryjne). Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję Unia w rzeczywistości pełni w systemie władzy. Prawdopodobnie jednak już wkrótce stanie się partią władzy. Jeśli junta zdecyduje się na zorganizowanie wyborów powszechnych, jak to zapowiada w ramach swojej „mapy drogowej do demokracji”, Unia zwycięży w głosowaniu i wyniesie do władzy dzisiejszych rządzących, tyle, że już bez mundurów.
Osobną drogą planuje pójść generał Than Shwe. Eksperci zajmujący się sytuacją wewnętrzną w Myanmarze widzą dla niego dwa rozwiązania. Albo skorzysta z pomocy Unii i zostanie wybrany na prezydenta, najlepiej dożywotniego, albo... koronuje się na króla Birmy.
Tego pierwszego wariantu spodziewają się np. chińscy sojusznicy junty. Rezygnacja ze stanowisk w armii mogłaby zapewnić przywódcy junty możliwość startu w wyborach prezydenckich w charakterze „cywilnego” kandydata. Więcej uwagi przywiązuje się jednak do drugiego wariantu.
Tradycja rządów królewskich w Birmie wciąż pozostaje żywa i taki wariant rozwoju sytuacji nie jest wcale niemożliwy. Koronacja pozwoliłaby mu utrzymać władzę, albo znaczny wpływ na nią, do końca życia – czego „cywilna” prezydentura już nie gwarantuje. Wówczas, nawet gdyby do głosu doszła młodsza generacja wojskowych, Tha Shwe utrzymałby swój wpływ na nią. Obserwatorzy twierdzą, że pierwsze przygotowania do takiej transformacji już trwają – nazwa Królewskie Miasto nie wzięła się z przypadku, zaś podczas marcowej parady w Pyinmanie na okalających wzgórzach stanęły gigantyczne pomniki trzech najznamienitszych koronowanych władców kraju. Skądinąd zachowano ciągłość z tradycjami współczesnej Birmy – były to te same wzgórza, na których antyjapoński ruch oporu zakładał podczas II wojny światowej generał Aung San, twórca niepodległego państwa birmańskiego.
Transfer władzy ma się odbyć w oparciu o „mapę drogową” – niezbyt jasny plan przekazania władzy, który powstał w wyniku nacisków międzynarodowych, zwłaszcza presji państw południowoazjatyckich. Wiadomo, że zakłada on jako pierwsze etapy w procesie „demokratyzacji” uchwalenie konstytucji (projekt przygotowuje już zwołana przez juntę Konwencja Narodowa), zwołanie referendum, w którym zostałaby ona zaakceptowana i zorganizowanie wyborów. W trakcie tych przemian generał Than Shwe zrezygnuje prawdopodobnie z jednego, może dwóch, stanowisk, jakie obecnie piastuje – naczelnego dowódcy armii, ministra obrony w rządzie i szefa Państwowej Rady Rozwoju i Pokoju (SPDC, naczelnego organu władzy w dzisiejszej Birmie). Akurat zresztą upływa dziewięć lat od powołania tego ostatniego organu (powstał w 1997 r. na bazie Państwowej Rady Odnowy Prawa i Porządku), a dziewiątka to liczba magiczna w birmańskiej astrologii – analitycy nie wykluczają więc, że do formalnych przemian dojdzie jeszcze w tym roku. Innym symptomem nadchodzącej zmiany oblicza władzy jest fakt, że w ostatnich miesiącach członkowie rządu zaczęli rezygnować ze stopni wojskowych – nawet premier Soe Win oficjalnie odszedł z armii.
Od maja trwają kolejne czystki w łonie struktury władzy. Stanowiska straciło ośmiu wiceministrów, w tym wiceminister obrony, i sędziowie Sądu Najwyższego. Zapowiedziano kolejne dymisje. Rządowym departamentem ceł, a w ślad za nim – bankiem centralnym i ministerstwem gospodarki – wstrząsnęła afera korupcyjna. W tym samym czasie znaczną grupę generałów wysłano na emeryturę.
Z nieoficjalnych przecieków wiadomo, że generał Than Shwe czyści aparat władzy z oponentów. Chodzi przede wszystkim o zwolenników generała Maung Aye, jedynego kontrkandydata do władzy w łonie armii, postrzeganego jako zwolennik większego otwarcia kraju na świat. Sytuacja przypomina nieco wydarzenia sprzed ponad dwóch lat, kiedy to Than Shwe doprowadził do usunięcia ówczesnego lidera, generała (jakżeby inaczej) Khin Nyunta. Już wówczas Maung Aye był liczącym się rywalem w wewnętrznych sporach o władzę.
Dziś szanse Maung Aye maleją z każdym dniem. Podobnie niewielkie szanse na powrót do władzy ma wspomniany Khin Nyunt, generał, który doprowadził do akcesji Birmy do południowoazjatyckiej organizacji gospodarczej ASEAN. Eksperci porównują go do Deng Xiaopinga, który po powrocie z politycznego zesłania otworzył Chiny na świat i globalną gospodarkę, nie rezygnując z politycznej dominacji partii komunistycznej. W przeciwieństwie jednak do Chin, tu możliwość powrotu Khin Nyunta do polityki jest minimalna.

Skłóćcie ich rodziny!
Plotka głosi, że generał Than Shwe, każdego ranka po obudzeniu się w swym ufortyfikowanym bunkrze w Królewskim Mieście, wytrwale surfuje po Internecie. Przywódca birmańskiej junty z przerażeniem ponoć obserwował, jak protesty w sąsiedniej Tajlandii zmusiły do oddania władzy premiera Thaksina Shinawatrę, a nepalska ulica obalała króla Gyanendrę. Na dodatek internetowe peregrynacje birmańskiego generała utwierdzają go w przekonaniu, że aktywność rodzimej opozycji intensyfikuje się z każdym dniem.
Pomysł całkowitej eliminacji opozycji narodził się podobno po starciach ulicznych zwolenników opozycji i rządu w 2003 r. Mówił o nim m.in. były ambasador Birmy w USA, Aung Lynn Htut, który wkrótce po tych wydarzeniach uciekł z Birmy. Dwa lata temu, po przejęciu władzy, Than Shwe nakazał władzom Unii Solidarności i Rozwoju rozpoczęcie kampanii ataków na działaczy opozycji, zwłaszcza członków Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), organizacji, na której czele stoi Aung San Suu Kyi, legendarna opozycjonistka z Birmy i laureatka Pokojowego Nobla. „Niszczyć ich firmy, by tracili majątek i rynki, skłócać ich rodziny, pogarszać relacje opozycjonistów z ich ugrupowaniami, by rezygnowali z członkostwa” – głosiły rozkazy. Działania te junta widzi jako element „narodowego pojednania”.
Podobną kampanię władze prowadziły w latach 1990-2000, kiedy NLD założyła Komitet Reprezentujący Parlament Ludowy. Już wówczas aresztowano dziesiątki opozycjonistów, wielu zmuszono do wyjazdu z kraju. Inni byli zmuszani do wystąpienia z Ligi. Napadano na ludzi i lokale Ligi, przejmowano dokumenty i majątki.
Według azjatyckich korespondentów antyopozycyjna akcja została zintensyfikowana w tym roku, tak by do momentu uchwalenia konstytucji opozycja została praktycznie zlikwidowana. Nękanie objęło tysiące ludzi. Najbrutalniejsze metody zastosowano wobec studentów – napady, aresztowania, zasądzanie kilkuletnich wyroków. Według treści ujawnionej w maju przez „Asia Times” notatki ze spotkania szefa policji, generała Khin Yi, z regionalnymi dowódcami, działania przeciw Lidze mają być nieco subtelniejsze – oparte bardziej na metodach wywiadu niż brutalnej sile. Mnożą się więc anonimowe groźby i oficjalne obietnice (nawet oferty przyznania bezpłatnych telefonów!). Kampania przynosi pewne efekty, choć może nie tak znaczne, jak chcieliby rządzący – do rezygnacji zmuszono dotąd kilkudziesięciu członków Ligi, w tym jednego z liderów w prowincji Mandalay (drugiej po Rangunie metropolii Birmy). Inna sprawa, że według raportu azjatyckiej organizacji Assistance Association for Political Prisoners (AAPP), w wyniku tortur i złych warunków w birmańskich więzieniach zmarło od 1988 roku 127 dysydentów, a przeszło tysiąc innych może spotkać ten sam los.

Jeśli chcesz przeczytać cały artykuł zaloguj się
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się

wersja do wydruku



Aktualności:
Podróże po Polsce...
Diabły z Loudun...
Dyzma z Barcelony...
Tajemnice II wojny św...
Żona z Polski...

Kapela ze Wsi Warszawa

Kimar Studio

wypady.pl

Subnet Internet (C)2003